Do godziny 10:00 dom przypominał pole bitwy. W zlewie piętrzyły się naczynia, Nicolás odmawiał zjedzenia bananowej papki i wysmarował nią kanapę w salonie, a Mateo biegał w samych majtkach, odmawiając ubrania się na spacer. Javier czuł, jak pulsują mu skronie. Praca z czterdziestoma robotnikami na budowie była przewidywalna – mieli plany, słuchali poleceń i bali się utraty dniówki. Dzieci nie uznawały żadnej hierarchii.
O 11:30 Nicolás dostał nagłego ataku gorączki. Zrobił się wiotki, rozpalony i płakał bez przerwy.
Javier otworzył apteczkę w łazience. Znalazł pięć różnych syropów przeciwgorączkowych. Żaden nie miał na wierzchu etykiety z dawkowaniem według wagi.
Ręce zaczęły mu się trząść. Wyciągnął telefon i wybrał numer Renaty.
Po trzech sygnałach odebrała.
„Renata! Gdzie jest ten lek na gorączkę?! Ile mam mu dać?! On płacze i cały płonie, Mateo rozlał mleko, a ja nie wiem, co robić!” – krzyczał do słuchawki, z trudem łapiąc oddech.
W słuchawce panowała cisza, przerywana jedynie cichym szumem kawiarni.
„Paracetamol jest na drugiej półce, z lewej strony. Dawkowanie zależy od wagi Nicolása, która jest zapisana w jego książeczce zdrowia w zielonej teczce w biurku. Przecież mówiłeś, że zrobisz to z zamkniętymi oczami, Javier. Radź sobie” – powiedziała chłodno i rozłączyła się.
Gdy próbował oddzwonić, włączyła się poczta głosowa.
CZĘŚĆ 3: ODKRYCIE W BIURKU
Przeklinając pod nosem, z płaczącym dwulatkiem na ręku, Javier pobiegł do małego gabinetu, w którym Renata trzymała dokumenty. Szarpnął szufladę biurka. Zielona teczka z dokumentami medycznymi leżała na samym wierzchu.
Podał Nicolásowi odpowiednią dawkę leku strzykawką, modląc się, by temperatura wreszcie spadła. Chłopiec po kilkunastu minutach wyczerpany zasnął na jego ramieniu. Javier ostrożnie przeniósł go do łóżeczka, po czym włączył Mateo bajkę, by zyskać choć kwadrans ciszy.
Wrócił do gabinetu, by odłożyć teczkę. Wtedy zauważył, że na dnie szuflady, pod stertą rachunków za prąd i wodę, leżała gruba, brązowa koperta przewiązana sznurkiem.
Na wierzchu widniał napis wykonany starannym pismem Renaty: „DLA MNIE – GDYBYM STRACIŁA SIŁĘ DO WALKI”.
Javier zmarszczył brwi. Otworzył kopertę.
W środku nie było zwykłych notatek. Znajdował się tam gruby plik dokumentów. Pierwszym z nich był pozew o rozwód z orzeczeniem o winie męża, sporządzony przez kancelarię prawną w Querétaro, datowany na trzy miesiące wstecz. Brakowało na nim tylko jednego – podpisu Renaty na ostatniej stronie.
Pod pozwem leżał mały, zniszczony notes. Javier usiadł ciężko na krześle i zaczął przewracać kartki.






