CZĘŚĆ 2
Odłożyłam telefon, zmuszając się do opanowania drżenia rąk. Wyłączyłam palnik pod garnkiem i złożyłam fartuch. Kiedy Raúl wrócił do kuchni, pachnąc mydłem i z miną człowieka, który ma czyste sumienie, spojrzałam na niego ze sztucznym, ciepłym uśmiechem.
– Kochanie, masz rację. Przesadziłam – powiedziałam, podchodząc do niego. – Twoja mama jest w kryzysie. Meble zniszczone, sąsiedzi grożą pozwami… Musi być kłębkiem nerwów. Spakuję jej do pojemników ciepły obiad, weźmiemy ręczniki, mopy i pojedziemy jej pomóc sprzątać tę wodę.
Raúl zamrugał, wyraźnie zaskoczony tak gwałtowną zmianą frontu.
– Naprawdę? Myślałem, że jesteś wściekła…
– Byłam zszokowana kwotą, ale rodzina to rodzina, prawda? – rzuciłam gładko, pakując pojemniki do torby termicznej. – Poza tym, jeśli hydraulicy potrzebują jeszcze jakichś materiałów, zawieziesz ich do Castoramy. Bierz kluczyki.
Była 18:15, gdy wsiedliśmy do samochodu. Korki w Guadalajarze o tej porze bywały koszmarne, ale tym razem szczęście nam sprzyjało. Raúl prowadził zrelaksowany, włączając radio i powtarzając, jak bardzo się cieszy, że „wreszcie rozumiem znaczenie więzi rodzinnych”. Zaciskałam palce na torebce tak mocno, że zbielały mi kłykcie, ale nie odezwałam się ani słowem.
Dotarliśmy pod blok Doñi Ofelii w dzielnicy Providencia o 18:48.
Na podjeździe nie stał żaden wóz pogotowia technicznego. Przed klatką schodową nie leżały żadne zalane dywany, kartony ani zniszczone meble, których zazwyczaj ludzie pozbywają się po pęknięciu pionu wodnego. Na parterze było sucho jak na pustyni.
– Dziwne… robotnicy chyba skończyli wcześniej – mruknął Raúl, drapiąc się po karku, gdy wchodziliśmy po schodach na drugie piętro.
– Zapewne – odparłam cicho. – Byli bardzo wydajni za te 120 000 pesos.
Kiedy podeszliśmy pod drzwi numer 204, Raúl wyciągnął swój klucz, ale powstrzymałam go gestem dłoni.
Z wnętrza mieszkania nie dobiegał żaden odgłos szorowania podłóg, odpompowywania wody ani lamentów nad zniszczonym dobytkiem. Przez szczelinę w drzwiach sączył się za to duszący, ciężki zapach palonej szałwii, kadzidła i kopalu, a w tle grała cicha, monotonna muzyka na fletach panowych.
Raúl zmarszczył brwi. Zapukał cicho.
Nikt nie otwierał, ale po chwili drzwi uchyliły się lekko – nie były przekręcone na zamek. Wymieniliśmy spojrzenia. Pchnęłam skrzydło drzwi i weszłam pierwsza, a Raúl tuż za mną.
Widok, który zastaliśmy w salonie, sprawił, że mój mąż dosłownie skamieniał.
Na podłodze nie było ani jednej kropli wody. Wszystkie meble stały na swoich miejscach – suche, nienaruszone, lśniące od kurzu. Zamiast tego na środku dywanu rozsypano wielki krąg z grubej soli morskiej. Wokół paliło się kilkanaście czarnych i czerwonych świec, a w samym centrum kręgu, na aksamitnej poduszce, leżało zdjęcie.
Moje zdjęcie ślubne, na którym moja twarz została przekreślona czarnym tuszem, a obok wbito mosiężną szpilkę woskową.
Naprzeciwko ołtarzyka siedziała Doña Ofelia w białej, powłóczystej szacie, trzymając w dłoniach kryształ górski. Obok niej stał wysoki, barczysty mężczyzna z długimi, naoliwionymi włosami, obwieszony drewnianymi koralami – „Mistrz Elías”.
A na stoliku kawowym, tuż obok kadzielnicy, leżała gruba, tekturowa koperta z pieczęcią banku, z której wystawały ciasno spięte pliki studolarowych banknotów i peso. Nasze oszczędności na samochód.
– O wielki duchu obfitości – recytował właśnie donośnym głosem Elías, unosząc dłonie nad moją przekreśloną fotografią. – Odepchnij tę obcą krew, tę żmiję Lucíę, która zamknęła serce twojego syna i wysysa jego fortunę. Niech opuści jego progi w niesławie, a bogactwo wróci do łona matki…
– Co tu się, do jasnej cholery, dzieje?! – ryk Raúla rozdarł mantrę jak uderzenie pioruna.
Doña Ofelia podskoczyła, upuszczając kryształ, który z głuchym stukotem potoczył się po nienaruszonej, suchej posadzce. Jej twarz w ułamku sekundy przeszła z mistycznego uniesienia w kredowobiałe przerażenie.
– R-Raúl?! – wykrztusiła, zasłaniając sobą ołtarz. – Synku! Co ty tu robisz?! Dlaczego nie uprzedziłeś?! Miałeś być w pracy!
– Gdzie jest woda, mamo?! – wrzeszczał Raúl, wkraczając w sam środek solnego kręgu i kompletnie ignorując „święte pole”. – Gdzie są zniszczone meble?! Gdzie hydraulicy?!
Mistrz Elías spróbował przybrać groźną postawę i położył dłoń na ramieniu Raúla. – Bracie, nie przerywaj rytuału oczyszczenia linii rodowej, ściągniesz na siebie klątwę ubóstwa…
Nim szarlatan zdążył dokończyć, Raúl – który całe życie przepracował fizycznie w magazynach – chwycił go za poły lnianej koszuli i z impetem pchnął na ścianę. – Jeszcze jedno słowo, a ten kryształ wyląduje w twoim gardle! Kim ty w ogóle jesteś?!
– Oddaj pieniądze, oszuście! – krzyknęła nagle Ofelia, zmieniając front w ułamku sekundy, widząc furię syna. – Raúl, on mnie omamił! Rzucił na mnie urok! Ja to robiłam dla ciebie!
– Dla mnie?! – Raúl wskazał trzęsącym się palcem na moje przebite szpilką zdjęcie. – Płacąc 120 000 pesos z naszych wspólnych, krwawych nadgodzin, żeby ten naciągacz odprawiał czary przeciwko mojej żonie?!
Podeszłam spokojnie do stolika kawowego. Bez pośpiechu wzięłam do ręki bankową kopertę z pieniędzmi, przeliczyłam pliki i schowałam je głęboko do swojej torebki.
– Elías, masz dokładnie trzydzieści sekund na opuszczenie tego lokalu, zanim wybiorę numer do prokuratury w Zapopan pod zarzutem wyłudzenia mienia znacznej wartości – powiedziałam lodowatym głosem.






