CZĘŚĆ 2

Zeszłam powoli z drabiny, czując, jak w skroniach pulsuje mi krew. Dłonie mi się trzęsły, ale nie ze strachu – z czystej, lodowatej wściekłości. Przez dwadzieścia lat patrzyłam, jak matka usprawiedliwia każdy wybryk Mauricio. Kiedy rzucił studia architektoniczne po pierwszym semestrze, winni byli „zazdrośni profesorowie”. Kiedy rozbił jej jedyne auto po pijaku, wzięła pożyczkę, żeby nie poszedł do aresztu. A ja? Za każdym razem, gdy dostawałam awans w fabryce mebli, słyszałam tylko: „Zarabiasz tyle, a nawet nie kupisz bratu nowych butów”.

Nie czekałam do rana. Zadzwoniłam do mojego zaufanego najemcy z Álamos, pana Héctora, żeby upewnić się, że nikt nie kręci się wokół budynku. Potem schowałam oryginalne akty notarialne do sejfu bankowego, a kopie zablokowałam w szafce.

O dziewiątej rano następnego dnia mój telefon rozgrzał się do czerwoności. Osiem nieodebranych połączeń od matki, cztery od Mauricio. O dziesiątej piętnaście rozległo się gwałtowne dobijanie do drzwi mojego mieszkania.

Gdy otworzyłam, w korytarzu stali oboje. Socorro miała na sobie swój „niedzielny” kostium garsonkowy i perły ze sztucznych kamieni, a Mauricio – tani garnitur z sieciówki, w którym wyglądał jak nastolatek idący na bierzmowanie.

– Gdzie ty byłaś?! Notariusz czekał dwadzieścia minut! – wrzasnęła matka, wpychając się do mojego przedpokoju bez pytania. – Wstyd na całe Querétaro! Mecenas Estrada to znajomy Don Armando!

Mauricio stanął za nią, poprawiając krawat z miną skrzywdzonego męczennika. – Vero, daj spokój. Przecież wiesz, że ci oddam. Jak Don Armando zobaczy, że wnoszę do małżeństwa dwa i pół miliona, od razu mianuje mnie dyrektorem regionalnym. Z pierwszej dywidendy kupię ci nawet lepsze mieszkanie w Centro Sur!

– Nie podpiszę niczego, Mauricio. Ani dziś, ani za miesiąc – powiedziałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. – To mieszkanie to dwadzieścia lat mojej nocnej pracy, kurzu z tapicerki i odmawiania sobie wszystkiego. Nie jesteś biznesmenem. Nie potrafisz utrzymać pracy w sklepie z komórkami, a chcesz zarządzać hurtownią budowlaną?

– Ty niewdzięczna żmijo! – fuknęła Socorro, unosząc palec wskazujący tuż przed moim nosem. – Masz dwa mieszkania! Po co ci dwa?! Jesteś sama, nie masz męża ani dzieci! Na co ci to wszystko? Chcesz zabrać to do grobu, podczas gdy twój jedyny brat ma szansę wejść do wyższych sfer?!

– Lepiej być samą niż dać się ograbić własnej rodzinie – rzuciłam twardo i wskazałam drzwi. – Wyjdźcie.

Matka zbladła, po czym jej usta zwinęły się w paskudny, mściwy grymas. – Myślisz, że jesteś sprytniejsza od nas? Poradzimy sobie bez ciebie. Ale pamiętaj: od tej chwili nie masz matki. Nie waż się pokazywać na ślubie ani w moim domu.

Wyszli, trzaskając drzwiami tak mocno, że zatrzęsły się szyby w oknach.

CZĘŚĆ 3

Przez następne dwa tygodnie panowała martwa cisza. Nikt z rodziny się nie odzywał, dopóki w piątek wieczorem nie zadzwoniła ciotka Lupita. Jej głos w słuchawce niemal drżał z podniecenia i strachu.

– Vero, musisz to wiedzieć… Twoja matka i Mauricio oszaleli.

– Co znowu wymyślili, ciociu?

– Zorganizowali oficjalny obiad zapoznawczy w drogiej restauracji w Juriquilla na jutro. Zaprosili całą rodzinę, Don Armando i jego córkę. Twoja matka rozgłasza wszystkim, że „kwestia wkładu własnego została rozwiązana po mistrzowsku”. Podobno znaleźli inną nieruchomość do zastawu.

Zmarszczyłam brwi. – Jaką nieruchomość? Przecież oni nic nie mają. Dom matki jest obciążony hipoteką po wypadku Mauricio, a ziemia po dziadku w Celaya nie ma uregulowanego statusu prawnego.

– Nie wiem, dziecko, ale twoja matka zamówiła już tort i kazała wszystkim ubrać się na galowo. Coś tu śmierdzi na kilometr.

Zdecydowałam, że muszę się dowiedzieć, w co grają. W sobotę po południu wsiadłam w auto i pojechałam do restauracji Hacienda Los Laureles. Nie weszłam do głównej sali – usiadłam na zadaszonym tarasie, dwa stoliki za wielkim, zarezerwowanym stołem Lewisów i Villaseñorów, osłonięta gęstymi palmami w donicach.

Przy stole siedziała już moja matka, promieniująca sztucznym uśmiechem, obok Mauricio, a naprzeciwko nich Renata – drobna, elegancka dziewczyna – oraz jej ojciec, Armando Villaseñor. Don Armando był potężnym mężczyzną po sześćdziesiątce, o siwych włosach, przenikliwym spojrzeniu i dłoniach człowieka, który sam kiedyś nosił worki z cementem, zanim zbudował swoje imperium.

Gdy kelner rozlał wino, Socorro wstała, unosząc kieliszek.

– Drogi Don Armando! – zaczęła teatralnym tonem, przyciągając uwagę gości. – Z powodu pewnych drobnych formalności bankowych z mieszkaniem w Álamos, mój syn postanowił pójść o krok dalej. Jako człowiek z wizją, Mauricio uznał, że młodej parze potrzebny jest większy kapitał. Dlatego wnosi do małżeństwa nie mieszkanie, ale… dom rodzinny wraz z przylegającą działką w San Pablo! Wartość szacunkowa: ponad cztery miliony pesos!

Wstrzymałam oddech. Dom w San Pablo należał do mojej zmarłej babci, a po jej śmierci prawa do spadku zostały podzielone sądownie na trzy osoby: mnie, moją matkę i moją zmarłą ciotkę, której część przeszła na dzieci z Monterrey. Ani matka, ani Mauricio nie mieli prawa nim dysponować bez mojej zgody i bez zakończenia procesu działu spadku!