Impreza toczyła się dalej, a w Diego narastała dziwna frustracja. Drażnił go spokój teścia. Rafael nie rozglądał się z zazdrością, nie pytał o ceny, nie chwalił luksusowych żyrandoli. Siedział spokojnie przy stoliku, sącząc wodę mineralną, rozmawiając życzliwie z Marianą i kilkoma młodszymi pracownikami, którzy podeszli przywitać się z nim z wyraźnym, niemal nabożnym szacunkiem. Diego przypisywał to zwykłej kurtuazji wobec starszego człowieka.

Gdy wybiła północ, a szampan lał się strumieniami, Diego wszedł na podest przy basenie i zastukał widelcem w kryształowy kieliszek.

„Drodzy przyjaciele!” – zakrzyknął, unosząc rękę. Muzyka ucichła, goście odwrócili się w jego stronę. „Chciałbym wznieść toast za moją wspaniałą mamę! Za to, że nigdy nie zwątpiła w mojego nosa do interesów! Dzisiaj udowodniłem, że talent, agresywna sprzedaż i odwaga dają człowiekowi wszystko. Niektórzy spędzają czterdzieści lat w tej samej firmie, zgarbieni za biurkiem, i nie potrafią dorobić się nawet przyzwoitych czterech kółek!”

Wyciągnął palec w stronę Rafaela, śmiejąc się na całe gardło.

„Spójrzcie na mojego teścia! Jeździ tym gratem od 17 lat, bo nigdy nie wiedział, jak zarabiać pieniądze! Całe życie w Grupo Horizonte i co? Nic! Zwykły pionek w trybach machiny! Dlatego pamiętajcie: w życiu trzeba mieć pazur, trzeba umieć brać to, co się chce, a nie czekać na jałmużnę!”

W ogrodzie zapadła lodowata, niezręczna cisza. Nawet koledzy z pracy Diega wymienili między sobą nerwowe, zszokowane spojrzenia. Jeden z wiceprezesów, stojący przy barku, powoli odstawił kieliszek, wpatrując się w Diega jak w szaleńca.

Mariana zakryła usta dłońmi. Po jej policzkach popłynęły gorące łzy.

„Diego, przestań… na litość boską, zamknij się!” – wykrztusiła łamiącym się głosem.

Don Rafael nie zmienił wyrazu twarzy. Na jego ustach nie drgnął ani jeden mięsień. Powoli odstawił szklankę z wodą na blat, wstał i poprawił mankiety koszuli. Podał ramię zapłakanej żonie, po czym podszedł do córki, pocałował ją w czoło i szepnął:

„Nie płacz, kochanie. Każdy człowiek sam wystawia sobie rachunek. Twój mąż właśnie podpisał swój”.

Rafael odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Nie zaszczycił Diega ani jednym spojrzeniem. Szedł wyprostowany, z niewzruszonym spokojem i godnością, która sprawiła, że stojący w korytarzu goście machinalnie odsuwali się, robiąc mu przejście.

Chwilę później na zewnątrz rozległ się cichy, aksamitny pomruk silnika starego Nissana, a czerwone światła zniknęły w mroku nocy.

Diego machnął ręką, uzupełniając swój kieliszek.

„Stary się obraził! Prawda w oczy kole!” – rzucił do zamilkłych gości. „Muzyka, grać dalej! Bawmy się, jutro świętujemy kolejny rekord!”

Nie miał pojęcia, że o ósmej rano w wieżowcu Grupo Horizonte w sercu Guadalajary rozpocznie się dzień, który zetrze ten uśmieszek z jego twarzy raz na zawsze.

CZĘŚĆ 3 GABINET NA OSTATNIM PIĘTRZE

Kac pulsował w skroniach Diega niczym tępy młot pneumatyczny. Zegar na desce rozdzielczej jego wypożyczonego auta pokazywał 7:45 rano, gdy wjeżdżał na podziemny parking Grupo Horizonte. Przetarł podkrążone oczy, poprawił kołnierzyk jedwabnej koszuli i sprawdził swoje odbicie w lusterku. Mimo zmęczenia czuł dumę. W piątek zamknął gigantyczny kontrakt na dostawę prefabrykatów dla konsorcjum deweloperskiego Altiplano. Prowizja z tej jednej umowy miała pokryć przynajmniej sześć rat kredytu za dom w Tlajomulco.

Gdy wysiadł z windy na piętrze handlowym, uderzyła go dziwna atmosfera. Zwykle głośny open-space tym razem milczał. Jego podwładni siedzieli z nosami w monitorach, a gdy przechodził, unikali jego wzroku.

„Co jest, nikt dziś nie zarabia pieniędzy?” – rzucił arogancko, wchodząc do swojego przeszklonego boksu.

Na jego biurku nie było jednak raportów. Leżała tam pojedyncza, śnieżnobiała koperta z pieczęcią Zarządu Głównego. W środku znajdowała się krótka notatka od asystentki generalnej:

„Panie Ramírez. O godzinie 8:30 jest pan oczekiwany w gabinecie Prezesa Rady Nadzorczej na 24. piętrze. Obecność obowiązkowa. Proszę zabrać ze sobą całą dokumentację transakcji Altiplano”.

Diego uśmiechnął się szeroko.

„Wiedziałem” – mruknął pod nosem, poprawiając krawat. „Główny udziałowiec wreszcie chce osobiście uścisnąć dłoń swojemu najlepszemu wilkowi”.

Dwadzieścia cztery piętra wyżej świat wyglądał zupełnie inaczej. Nie było tu hałasu ani taniego blichtru. Podłogi wyściełały grube, tłumiące kroki wełniane dywany, ściany zdobiły oryginalne dzieła meksykańskich malarzy, a przez panoramiczne okna roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na całą Guadalajarę i błękitne pasmo górskie w oddali.

Sekretarka, dystyngowana kobieta po pięćdziesiątce, spojrzała na Diega chłodno.

„Czekają na pana, panie Ramírez. Może pan wejść”.

Diego pewnym krokiem pchnął ciężkie, dębowe drzwi. W przestronnym gabinecie z widokiem na miasto przy długim stole konferencyjnym siedzieli główny audytor finansowy spółki oraz mecenas Carranza – czołowy radca prawny grupy.

Za monumentalnym biurkiem z litego orzecha, tyłem do drzwi, w wysokim skórzanym fotelu siedział mężczyzna, wpatrując się w panoramę miasta.

„Dzień dobry panom” – zaczął Diego, kładąc skórzaną teczkę na stole. „Rozumiem, że chodzi o kontrakt Altiplano? Wszystko dopięte na ostatni guzik. Marża jest nieco zredukowana, ale wolumen gwarantuje nam…”

Fotel za biurkiem powoli się obrócił.

Słowa uwięzły Diegowi w gardle. Powietrze w ułamku sekundy uciekło z jego płuc, a serce zabiło tak gwałtownie, jakby miało przebić żebra.

Za biurkiem siedział Don Rafael Salcedo.