Nie miał na sobie wczorajszej prostej koszuli. Nosił doskonale skrojony, szyty na miarę garnitur w kolorze grafitowym, a na jego nadgarstku lśnił dyskretny, stary Patek Philippe z białego złota. W dłoni trzymał wieczne pióro. Jego spojrzenie było dokładnie takie samo jak wczoraj w nocy w ogrodzie: spokojne, przejrzyste i pozbawione jakichkolwiek emocji.
„Usiądź, Diego” – powiedział cicho Rafael, wskazując wolne krzesło naprzeciwko biurka.
Diego stał jak sparaliżowany. Jego kolana nagle straciły stabilność. Rozejrzał się po mecenasie i audytorze, szukając jakiegoś żartu, ukrytej kamery, czegokolwiek.
„P-panie… Don Rafaelu? Co pan… co pan tu robi w fotelu prezesa Herrera?” – wykrztusił, a krew odpłynęła mu z twarzy, pozostawiając trupią bladość.
„Herrera jest dyrektorem zarządzającym, którego zatrudniam od dwunastu lat, żeby prowadził bieżące operacje” – odpowiedział spokojnie starszy mężczyzna, składając dłonie. „Ja jestem założycielem Grupo Horizonte i właścicielem sześćdziesięciu procent jej akcji. Grupo Horizonte, Diego, to ja. Od pierwszego dnia, gdy czterdzieści lat temu z dwoma wspólnikami i jedną starą ciężarówką zaczynałem wozić cement”.
W gabinecie zapadła cisza tak gęsta, że słychać było cichy szmer pracującej klimatyzacji.
W głowie Diega zaczęły wirować obrazy: stary dom w Guadalajarze, Nissan Sentra, skromne prezenty, milczenie teścia przy rodzinnych obiadach, gdy Diego opowiadał swoje napuszone teorie o „ludziach bez ambicji”.
„Nie… to niemożliwe…” – wybełkotał Diego, opadając ciężko na skórzany fotel. „Dlaczego Mariana nigdy… dlaczego pan nigdy nic nie powiedział?!”
„Ponieważ ludzie, którzy naprawdę posiadają majątek i wartość, nie muszą nim wymachiwać przed oczami obcych, by udowodnić, że istnieją” – rzekł Rafael, a jego głos brzmiał twardo jak granit. „Moja córka została wychowana tak, by cenić ludzi za to, kim są, a nie za stan ich konta. Dlatego podarowaliśmy wam mieszkanie w Zapopan – byście mieli bezpieczny start, z dala od chciwości. Mariana wiedziała, że chciałem sprawdzić, jakim człowiekiem jesteś, zanim powierzę ci przyszłość firmy, na którą pracowałem całe życie”.
Rafael otworzył leżącą przed nim czerwoną teczkę.
„Wczoraj w nocy uznałeś za stosowne nazwać mnie przed moimi własnymi dyrektorami biedakiem, który nie potrafi zarabiać pieniędzy. Wybaczyłbym ci to, Diego. Pycha to grzech młodości i głupoty. Ale nie wybaczyłem ci łez mojej córki. Ani tego, co znalazł dziś rano dział audytu wewnętrznego”.
Rafael skinął głową na mecenasa Carranzę, który przesunął po stole gruby plik dokumentów.
„Kontrakt Altiplano, Diego” – podjął Rafael, patrząc zięciowi prosto w rozszerzone z przerażenia źrenice. „Zawyżyłeś rabaty o dwanaście procent, ukrywając w aneksie prowizję doradczą wypłacaną na konto fasadowej spółki w Panamie. Spółki zarejestrowanej na twoją matkę, Doñę Rosę. Chciałeś ukraść mojej firmie cztery miliony pesos, żeby spłacić dom w Tlajomulco i utrzymać swoją iluzję sukcesu”.
Świat Diega zawalił się w jednej sekundzie z ogłuszającym hukiem.
CZĘŚĆ 4 RACHUNEK ZA PYCHĘ
Wargi Diega zaczęły drżeć. Krople zimnego potu spływały po jego czole, brudząc kołnierzyk luksusowej koszuli, za którą wciąż nie spłacił rachunku na karcie kredytowej. Wyciągnął ręce w błagalnym geście, a cała jego wczorajsza buta wyparowała bez śladu.
„Don Rafaelu… tato! Na Boga, to nie tak! To było… to było tylko tymczasowe zabezpieczenie! Ja wszystko wyjaśnię, przysięgam! Zrobiłem to dla rodziny, dla Mariany! Chciałem tylko, żebyśmy żyli na odpowiednim poziomie!”
„Nie waż się wycierać sobie gęby imieniem mojej córki” – uciął Rafael, a w jego oczach błysnął chłód, którego Diego nigdy wcześniej nie widział. „Mariana nigdy nie prosiła cię o marmury ani o pałace. Prosiła cię o szacunek, obecność i skromność. Zamiast tego zafundowałeś jej życie z zakompleksionym oszustem”.
Rafael wstał zza biurka i podszedł do wielkiego okna, z rękami splecionymi za plecami.
„Zastanawiałeś się kiedyś, Diego, dlaczego wciąż jeżdżę tym starym Nissanem Sentrą?” – zapytał, nie odwracając się.
Diego nie odpowiedział. Siedział skulony w fotelu, wpatrując się we własne drżące dłonie.
„Kupiłem go w 2007 roku, dokładnie w dniu, w którym urodził się mój pierwszy wnuk, syn mojego zmarłego brata. W tym samym roku uratowałem tę firmę przed bankructwem po wielkim kryzysie budowlanym. Ten samochód przypomina mi każdego ranka, skąd przyszedłem, ile kosztuje praca i jak łatwo człowiek może wszystko stracić, gdy zacznie mu się wydawać, że jest bogiem. Ten ‘grat’, jak go wczoraj nazwałeś, ma silnik, który nigdy nie zawiódł. W przeciwieństwie do twojego charakteru”.
Rafael odwrócił się z powrotem ku niemu.
„Oto decyzje, które podjąłem dziś rano o szóstej. Zostałeś dyscyplinarnie zwolniony ze stanowiska dyrektora sprzedaży z rygorem natychmiastowym. Dostęp do twoich kont firmowych, telefonu i komputera został zablokowany piętnaście minut temu”.
„Błagam pana… hipoteza mojej matki… bank zabierze jej dom!” – zajęczał Diego, chwytając się za głowę.
„To twój problem, Diego. Byłeś taki dumny ze swojej pensji i zdolności kredytowej. Zobaczymy, jak poradzi sobie ‘najlepszy sprzedawca w firmie’ na wolnym rynku z wilczym biletem w papierach. Ale to nie koniec”.
Mecenas Carranza zabrał głos, otwierając drugi dokument.
„Mamy przygotowane zawiadomienie do Prokuratury Generalnej Stanu Jalisco w sprawie usiłowania oszustwa gospodarczego i prania brudnych pieniędzy na szkodę Grupo Horizonte. Grozi za to od sześciu do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Jeśli sprawa trafi na wokandę, twoja matka zostanie wezwana jako współwinna procederu, a dom w Tlajomulco zostanie natychmiast zajęty przez prokuratora jako zabezpieczenie majątkowe”.






